Bolesław Zoń1940 - 2002 |
|
Księga Pamięci płk Bolesława Zonia |
|
Jako dziecko, często spędzałem wakacje na Podlesiu (gdzie mieszkali Jego krewni), częsty widok przelatującego myśliwca na b. niskim pułapie (z efektownymi hukami z dopalacza) wyjaśnili mi mieszkańcy "..to od Zonia ..."
Z pilotem Panem Bolkiem Zoniem miałem okazję się poznać później osobiście już jako dorosły człowiek. Mój osobisty wypadek wyłączył mnie ze środowiska lotniczego, minęły lata, a tu kilka dni temu, niespodziewanie wieczorem przed zaśnięciem miałem wizję i myśli o Panu Bolku Zoniu. [obecnie ta smutna wiadomość o Nim, wyjaśniła mi wszystko]. Dziękuję Ci za odwiedziny mojej skromnej osoby. Bogdan Pawiński http://www.idn.org.pl/users/pawinski/ |
|
Dzięki za to wspomnienie o Bolku, który w czasach pobytu w Mierzęcicach przyjaźnił się z moim Tatą ( też już nie żyje), a mnie bardzo pomógł w przeżyciu wspaniałej przygody z szybownictwem. To właśnie Bolek uczył mnie kręcić wiązankę akrobacyjną i nie tylko. Latanie było jego życiem. Był wspaniałym pogodnym, życzliwym człowiekiem. Wczoraj dopiero dowiedziałam się o tym, że Go już nie ma. Szkoda. Dzięki za to wspaniałe wspomnienie o Bolku. Na załączonych zdjęciach jest taki, jakim Go pamiętam, może trochę siwy, ale uśmiech i wesołe niebieskie oczy są takie same. Dzięki raz jeszcze. Pozdrawiam. Mariola Nowakowska |
|
Bolek należał do tych osób, które poprzedza sława i legendy o ich wyczynach. Nikt nie miał bowiem wątpliwości kto pilotuje MIG-21 mknącego nad falami Soły wijącej się wśród gór, kto ma polecieć w teren po szybowiec- gdy pole zbyt krótkie i kto nie odmówi gdy trzeba wykonać trudny lot. Wielką masz uciechę gdy wdrapujesz się na drzewo dla przyjemności, ale przestaje to przynosić radość gdy ubiorą cię w słupołazy i musisz to robić zawodowo. Jakże wielu zapaleńców wypala się , gdy musi godzinami ślęczeć na starcie, lub w kabinie latającej maszyny dla kawałka chleba. To co było pasją staje się przykrym, dręczącym a na dodatek niebezpiecznym obowiązkiem, a najprzyjemniejszym momentem dnia jest łoskot zamykanych po lotach drzwi hangaru. Nie należał do takich Bolek- a wręcz przeciwnie. Ten entuzjazm który pchał go w młodości na codzienne wspinaczki ku szybowcom na szczycie Żaru nie opuścił go do końca życia. Nawet w okresach kiedy latał bardzo intensywnie na bojowych maszynach i chwile spędzane za bramą strzeżoną przez wartowników należały do rzadkości, jakże często przy przypadkowych spotkaniach przytykając palec do ust zaklinał ; -Tylko nie mów rodzinie żeś mnie już widział , bo muszę się jeszcze przelecieć szybowcem w aeroklubie. Choć latał głównie na samolotach, zawsze podkreślał jak odmienne i piękne jest latanie bezsilnikowe a umiejętności nabyte na tych kruchych łupinkach, które mogą tylko jeden raz podchodzić do lądowania ,wielokrotnie ratowały mu życie. Ten niezwykle przystojny i męski typ był obiektem westchnień niejednej panienki, ale był wierny zasadzie "pierwom diełom, pierwom diełom samoljety... " i swojej Haneczce. Inne cechy musi mieć pilot regularnych linii lotniczych lub lotnictwa sanitarnego sanitarnego, inne pilot myśliwski. Bolek osłaniał nasze niebo w czasach pokoju, ale był prawdziwym typem asa powietrznego - takim którego zawsze świerzbi ręka na drążku sterowym. Nie było więc dziwne, że co rusz stawał na generalskim dywaniku by tłumaczyć się za momenty, w których nadmiernie ponosiła go fantazja. Jego fantazja uratowała pewnego razu moją licencję. Należę bowiem także do pilotów dla których kreska trasy na mapie jest czasem dość szeroka i zdarzało się, że zaglądałem nieraz przez okno czy rodzinka jest w domu. W sąsiedztwie mojego bloku mieszkała też rodzina Bolka, ale zamieszkał również emerytowany milicjant i z wrodzonego obowiązku notował zaobserwowane przypadki naruszenia dyscypliny lotniczej. Tak się składało ,że większość dat pokrywała się z zapisami w moim dzienniczku lotów, ale "samoloty przelatywały tak nisko i tak szybko ,że nie był w stanie odczytać znaków"... Tenże praworządny obywatel zadał sobie trud i odbył wycieczkę na pobliskie lotnisko by móc dokładnie rozpoznawać sylwetki samolotów . Przygotowawszy się w ten sposób zwieńczył swój raport dokładnym opisem czasu, kierunku przylotu i odlotu, oraz manewrów jakie nad jedną ze śląskich hałd wykonała pewnej soboty "Wilga". Relacja ta miała być koronnym dowodem w sprawie, którą pokierował na odpowiednie ścieżki. Większość przesłanek wskazywała mnie jako osobę podejrzaną - były to czasy kiedy z byle powodu dożywotnio "weryfikowano" pilotów - ale ja miałem niepodważalne alibi. W tym dniu moja "Wilga" stała zamknięta na cztery spusty w hangarze Aeroklubu Śląskiego, a ja wraz z innymi uczestnikami zawodów rajdowo - nawigacyjnych z powodu pogody, w której nawet wrony chodzą na piechotę, fetowałem wcześniejsze zakończenie mistrzostw. Dochodzenie wykazało, że w tym dniu na żadnym z okolicznych lotnisk z powodu fatalnej pogody nie było możliwe wykonywanie lotów i żaden samolot aeroklubowy nie wzniósł się w powietrze. W tej sytuacji łatwo było wykazać, że usłużny informator ma zwidy. Prawda była natomiast taka, że Bolek który także uczestniczył w zawodach jako pilot wojskowy nie musiał zgłaszać zamiaru wykonania lotu służbom cywilnym i gdy przez podanie swego indeksu uzyskał zgodę na lądowanie w pobliskich Mierzęcicach - ponaglany pilnymi sprawami - nie bacząc na pogodę odleciał nie zauważony przez nikogo, bo i zawodnicy i organizatorzy byli już zajęci wesołymi sprawami. A że po drodze była znana już hałda... Jak wspaniałym był pilotem i jak fantastycznym przyjacielem wiedzą wszyscy, którzy mieli szczęście zetknąć się z nim. Ileż jeszcze zadań stało przed nim! ! ! Loty próbne "Bielika" z wytwórni Margańskiego, które dawały szansę ustanowienia kilkunastu rekordów świata w tej kategorii samolotów, loty na odrestaurowanej "Iskrze" której był współwłaścicielem, organizacja imprez lotniczych i wiele innych planów których już nie spełni... Wierzyć się nie chce, że rozstając się z tak wspaniałym człowiekiem zamiast zwykłego "Cześć Boluś" ze zdławionym gardłem musimy wypowiedzieć okrutne ŻEGNAJ ! Tomasz Kawa |