Dziennik Wojciecha Gorgolewskiego




Dzień pierwszy.

    Drodzy "CZYTONAUCI" - myślę, że jest właściwe określenie dla czytelników mojego dziennika publikowanego na stronach Internetu - kiedyś jako młody chłopiec z zaciekawieniem czytałem kolejne odcinki powieści "Ostatnia noc w Ciudad Truijlio" opisującą zamach stanu na Kubie. Powieść ta była publikowana w odcinkach na ostatniej stronie Dziennika Zachodniego. Pewnego dnia pomyślałem sobie, aby moją stronę www wykorzystać na wspomnienia z mojego jak mówią często znajomi barwnego i pełnego różnych przygód życia. W kolejnych odcinkach opiszę moje przygody związane z obecnie wykonywanym zawodem fotografa lotniczego a także pracą w Zakładach Szybowcowych, Studio Filmów Rysunkowych, Aeroklubie Bielsko-Bialskim. Przypomnę karkołomne początki lotniarstwa, przygody na szosie, w górach, w powietrzu, pod powierzchnią wody a także czasami mrożące krew w żyłach zdarzenia w których brałem udział i co najciekawsze wychodziłem z nich cało albo prawie cało. Szkoda tylko, że się wziąłem do pisania tak późno, bo wiele zdarzeń już trudno mi będzie w szczegółach opisać.

Gdzie będzie się dało dołączę dokument w postaci zdjęć, a zacznę od pierwszego zdjęcia wykonanego przeze mnie gdy miałem 9 lat.

Na początek krótkie dossier: urodziłem się w listopadzie 46 roku w Bielsku-Białej. Mieszkałem 100 metrów od słynnej szkoły podstawowej numer 6 w dzielnicy Bielska - Aleksandrowicach. Szkoły słynnej z tego, że jej kierownikiem był były pięściarz Foc. Jak ktoś coś przeskrobał, to kierownik karę wymierzał na szczęście nie pięścią a rózgą na krześle w kierowniczym gabinecie. A o karę było łatwo, bo na ulicy Brodzińskiego wzdłuż szkoły i bardzo dużego terenu z boiskiem ciągnęły się drzewa z czereśniami, co było dla nas łakomym kąskiem i często nauczyciele na czele z panem Brodą, mieszkającym również niedaleko, łapali nas za uszy i stawiali przed surowe oblicze kierownika - pięściarza. Gdy ukończyłem piątą klasę, rodzice przeprowadzili się do domku jednorodzinnego wybudowanego przez dziadka na ulicy Lotniczej 32, co będzie miało w przyszłości duże znaczenie, jako że sama nazwa sugeruje bliskość lotniska. I rzeczywiście codziennie miałem okazję przyglądać się startującym i lądującym samolotom i szybowcom. Na dodatek moim sąsiadem był ówczesny szef wyszkolenia lotniczego pan Adam Flis, ojciec dwóch synów - starszego Witka i młodszego Jurka. Ale wracając do szkoły, to również musiałem ją zmienić i tak wylądowałem w podstawówce numer 4 na Placu Ks.Ściegiennego. To była duża zmiana. Od lotniska do tzw. Hulanki gdzie było rondo tramwajowe linii 2 szedłem na piechotę, ale za to jazda tramwajem to było coś. Obok motorniczego siedział akordeonista i grał ku uciesze podróżujących. Często wisiało się na schodkach, czasami stało się na zderzaku i tak się hartowało do dalszego życia, uważając aby go za wcześnie nie stracić.


Dzień drugi.

    Może na chwilę oderwę się teraz od szkoły podstawowej i wpadnę do Czechosłowacji, a dokładniej do Frydka Mistka, gdzie mój zaprzyjaźniony lotniarz Stanio Kozel mieszkał i jako jeden z czeskich pionierów lotniarstwa działał. Jakoś na początku marca 1977 roku dostałem zaproszenie do Czechosłowacji na obóz lotniarski. Zaproszenie opiewało na 1 kwietnia. Spakowałem się, zabrałem również moją ówczesną women Małgosię i pojechałem do Frydka Mistka. Trafiłem do mieszkania Stania Kozela i zadzwoniłem. Drzwi otworzył zaskoczony moim czy naszym widokiem gospodarz...

- "Gorgol, co ty tutaj robisz, ja dzisiaj wyjeżdżam na obóz potapców a lotniarski jest za miesiąc".
- "Ale przecież napisałeś 1 kwietnia, więc jestem".

I tu okazało się, że jest drobna różnica w nazwie miesięcy między kalendarzem w Polsce i Czechosłowacji.

- "No ale jak już jesteście, no to jedźcie ze mną na obóz potapców". "Stanio , a co to są potapcy ?"
- " Ano są to płetwonurkowie".
- "Dobra" -
Rozmiar: 14564 bajtów i pojechaliśmy w okolicę Ostrawy nad starą kopalnię odkrywkową zalaną któregoś dnia wodą podskórną. I tak spędziłem dwa tygodnie przyglądając się jak uczestnicy obozu całymi dniami nurkowali z akwalungami a także na bezdechu. Nurkowanie na bezdechu szczególnie mnie interesowało, więc mierzyłem czas jaki przebywali pod wodą. Mieli niezłe wyniki, półtorej minuty, minutę, dwie minuty, zaś rekordzista dociągnął do trzech minut. Bardzo się do tego widoku przyzwyczaiłem. Wieczory spędzaliśmy przy dobrym czeskim piwie i śpiewie. Aż przed ostatniego dnia Stanio zaproponował mi nurkowanie ! Ponieważ to był obóz organizowany przez czeski Swazarm, więc musiałem uzyskać zgodę na zanurzenie od kierownika obozu. Stanio przedstawił mnie jako instruktora potapców z Polski i ukradkiem poszliśmy w krzaki, gdzie po czesku w ciągu około 10 minut uczył mnie obsługi akwalungu i oddychania, tłumacząc co mnie będzie czekało pod wodą...

I tak znalazłem się po pas w wodzie a krok dalej czekała na mnie 35 metrowa głębia. Minę miałem taką, jak na zdjęciu. Pozostawiam to bez komentarza. Stanio w krzakach tłumaczył mi - "Gorgol od razu nurkuj głęboko, żeby z brzegu się nie zorientowali". A woda była bardzo zimna i jeszcze bardziej przeźroczysta. Zanurzyliśmy się na 12 ( słownie: dwanaście metrów ) łeb mi pękał, robiłem wszystko według czeskiego instruktora, aby wyrównać ciśnienie, a tu nic ! Pokazałem mu, że nie dam rady i wyszliśmy na pięć metrów, gdzie ból ustąpił i dopiero poczułem urok nurkowania. Fantazja ! Tak się zafascynowałem widokiem, że nie zauważyłem upływu czasu aż naraz zacząłem mieć problemy z oddychaniem. Aha, trzeba włączyć rezerwę ! Sięgnąłem ręką do przełącznika i znowu poczułem się jak ryba. Teraz już wiedziałem, trzeba ciągnąć powietrze - wio do powierzchni, koniec nurkowania. I tak pokazałem się na powierzchni, gdzie przywitały mnie brawa zebranych czeskich speców od nurkowania. Zakrzyknęli, zostaw akwalung i dawaj pod wodę na bezdechu w neoprenie, masce i rurce. Jaki problem i razem z Staniem po nabraniu powietrza popłynąłem ponownie na głębokość 5 metrów przyglądając się środowisku podwodnemu. Było wspaniale. Nad sobą w zasięgu ręki widziałem powierzchnię wody, czułem coraz większy brak oddechu, ale przecież do powierzchni jest tuż tuż. No i wreszcie myślę starczy i zasuwam na powierzchnię, a tu ciągle woda... Jak traciłem przytomność nie chcąc zachłysnąć się wodą, bezwiednie machnąłem ręką po klamrze pasa z ołowianymi ciężarkami i jak piłkę wyrzuciło mnie na upragnioną powierzchnię.
Czesi zdębieli. Jakoś nie mogli sobie tego zjawiska wytłumaczyć. Musiałem się wreszcie przyznać, że pod wodą byłem pierwszy raz i to u nich na obozie. Wszyscy się cieszyliśmy, Czesi że się nie utopiłem, Stanio że nie powędruje do więzienia, ja że żyję i to by było na tyle nurkowania w tym dniu. Ale za to następnego dnia brałem udział również w akwalungu w polowaniu na szczupaka, którego szef całej eskapady upolował w moim towarzystwie troszkę nielegalnie kuszą. To ten szczupak którego całuję w pysio, jeszcze żywego. A, Stanio za karę nurkował na te dla mnie niedostępne 35 metrów za pasem, który zrzuciłem, aby z nim razem nie osiągnąć dna... cdn.


   




Dzień trzeci

Dzień czwarty

Powrót do strony GŁÓWNEJ

©  Wojciech Gorgolewski